akcja wolne przewodnictwo


Wolne Przewodnictwo - kontrargumenty do walki o deregulację

 


Polska Federacja Pilotażu i Przewodnictwa opublikowała na stronie http://federation-guides.pl/obrona_zawodu_przewodnika.html szereg dokumentów, mających skłonić Rząd Rzeczypospolitej Polskiej do zaniechania planowanej deregulacji zawodu przewodnika turystycznego oraz działalności regulowanej pilota wycieczek. Redakcję tej strony prowadzi się zapewne na zasadzie "podpiszemy się pod każdą bzdurą, byle tylko była przeciw deregulacji". Obronę utrudnień, nieżyciowych i absurdalnych zapisów ustawowych oraz korporacyjnych przywilejów nazwano eufemistycznie "obroną zawodu".

Prezentowane argumenty są w większości bezsensowne i bezzasadne. Ich autorzy sprawiają wrażenie grupki zaskoczonych i przerażonych ludzi, którzy w ciemnej sali zostali zaatakowani przez nieznanego "wroga", a próbując się bronić biją na oślep i trafiają przede wszystkim w samych siebie. Fakt, że tak zmasowany protest i przerażenie wywołały zaledwie drobne, nieoficjalne wzmianki, jest najlepszym dowodem, że sytuacja w tej akurat grupie zawodowej jest wyjątkowo niezdrowa a deregulacja konieczna.  

Ufam Ministrowi Sprawiedliwości i Rządowi RP, że w powyższej sprawie nie ugnie się pod naciskiem protestującej korporacji i podejmie  korzystne dla całego społeczeństwa decyzje. Niemniej jednak, na użytek opinii publicznej i samych protestujących, wypisałem poniżej kilka najczęściej pojawiających się sformułowań, tłumacząc jednocześnie ich błędność.

Każda dziedzina potrzebuje regulacji, szczególnie usługowa, żeby klient dostał produkt o określonym standardzie i wiedział czego się spodziewać.

Artykuł 21 konstytucji RP mówi o tym, że "ograniczenie wolności działalności gospodarczej jest dopuszczalne tylko ze względu na ważny interes publiczny." M.in. działając w oparciu o ten artykuł Senat RP odrzucił w 2007 r. projekt ustawy regulującej zawody rzemieślnicze. W Polsce nie ma obowiązku zdawania egzaminu państwowego w przypadku setek zawodów usługowych, także tych mających znacznie większy wpływ na zdrowie czy bezpieczeństwo, np. kucharza, fryzjera, fizjoterapeuty. Nie ma potrzeby utrzymywania ich dla zawodu pilota czy przewodnika. Nie istnieje żaden ważny interes społeczny, który by to uzasadniał.  

Przewodnik turystyczny jest również nauczycielem i musi być odpowiedzialny za przekazywane informacje. Dlatego też, jego wiedza musi być weryfikowana w egzaminach państwowych podobnie jak nauczycieli

Przewodnik może się zwyczajowo nazwać zarówno "nauczycielem" jak też np. "guru" czy "wielkim mistrzem", co nie zmienia faktu, że formalnie nauczycielem nie jest. Regulacje zawodu nauczyciela dotyczą wyłącznie szkolnictwa nadzorowanego przez resort edukacji, poza którymi istnieje także wolny i nieregulowany rynek wszelakich prywatnych usług edukacyjnych. Pilot i przewodnik działają wyłącznie w sferze usług prywatnych i nie są zawodami zaufania publicznego.  

Klient nie jest absolutnym weryfikatorem poziomu jakości oraz zwykle turysta jest klientem jednorazowym, który nie "ukarze" przewodnika tym, że go po raz drugi nie wynajmie, więc trudno to liczyć na zbawienną moc wolnego rynku a także wolny rynek w naszym kraju nie weryfikuje podczas pracy przewodników ich umiejętności ponieważ turysta ma jednorazowy kontakt z przewodnikiem i nie przekazuje informacji zwrotnej.

W powyższych stwierdzeniach poziom ignorancji przekroczył wszelkie granice. Na rynku turystycznym, gdzie usługi hotelarskie, gastronomiczne, transportowe, rekreacyjne, rozrywkowe i inne są weryfikowane przez wolny rynek, pilotaż i przewodnictwo mają być jak za dotknięciem czarodziejskiej różki od tego uchronione? Oczywista bzdura, a odmawianie  klientowi prawa weryfikacji jest zwykłą bezczelnością  i zabronioną prawem praktyką rynkową. Weryfikacja istnieje i jest równie skuteczna jak w każdej innej branży, zwłaszcza że odbiorcami usług niemal wyłącznie biura turystyczne którzy ankietują swoich klientów, wymieniają między sobą informacje i rekomendacje. Zarówno biuro jak i turysta, w dobie internetu ma do dyspozycji niezliczone fora i portale konsumenckie, gdzie może chwalić bądź krytykować czyjeś usługi, tak jak ja zrobiłem na swoim blogu w przypadku przewodniczki krakowskiej Olgi Fendrych i przewodnika tatrzańskiego Jerzego Surmiaka. 
 
Stwierdzenie iż istnieje "całkowity brak regulacji w krajach najbogatszych i nowoczesnych" nie jest prawdą. W Unii Europejskiej takie regulacje istnieją w 11 krajach (...) Jeśli mamy się pokusić o wyciągnięcie jakichkolwiek wniosków nasuwa się przede wszystkim jeden: w miejscach gdzie turystyka jest jedną z najważniejszych gałęzi gospodarki wprowadzone zostały licencje. Albo: Kraje, w których turystyka jest znaczącą gałęzią gospodarki utrzymują zawody przewodnickie

10 najbogatszych krajów Europy, licząc według dochodu narodowego na głowę i pomijając państewka miniaturowe, to po kolei:  Norwegia, Szwajcaria, Holandia, Dania, Szwecja, Austria, Niemcy, Belgia, Finlandia, Wlk Brytania. W krajach tych, zgodnie z moim twierdzeniem regulacji nie ma, a jedyna Austria może służyć za klasyczny wyjątek potwierdzający regułę. Ten niewielki kraj jest tradycyjnym rynkiem recepcyjnym, podobnie jak kraje śródziemnomorskie, bałkańskie czy postkomunistyczne w których istnienie lokalnych licencji przewodnickich, restrykcyjność tego systemu (we Francji np. nie ma obowiązku zatrudniania przewodnika poza muzeami i pomnikami historycznymi) jest papierkiem lakmusowym przerostu biurokracji, korupcji, negatywnych zjawisk w gospodarce i w społeczeństwie. Dość wymienić, że republiki bałtyckie - leżące w kręgu kultury skandynawskiej Estonia i Łotwa licencji nie mają, ma je tylko znana z nacjonalistycznej polityki Litwa.

Porównując wielkość rynków turystycznych, musimy brać pod uwagę miejsce zakupu usługi, zawierania umowy. Jeśli przykładowo obywatel Niemiec, jedzie na wycieczkę do Hiszpanii, kupuje ją w lokalnym biurze, i cała pakietowa usługa organizowana jest według reżimu prawnego obowiązującego w Niemczech, a więc bez jakichkolwiek ustawowych wymagań co do zatrudniania kadry przewodnickiej. I to właśnie Niemcy, jak też Brytyjczycy, Skandynawowie, i mieszkańcy innych liberalnych, "nieregulowanych" krajów są nabywcami ponad 70% usług turystycznych w Europie. Przepisy licencyjne w krajach południowych, przyciągających turystów ciepłym klimatem i starożytnymi zabytkami dotyczą tamtejszych obywateli, a przyjezdnych tylko w takim stopniu na ile lokalne wpływowe korporacje usiłują wmusić swoje usługi często łamiąc zarówno lokalne jak i europejskie prawo. Jest to zwyczajne pasożytnictwo na obywatelach bogatszej części Europy, niewiele różniące się od wyłudzania bakszyszu.     

Ustawodawcy powinni więc szukać wzorców nie w krajach, które są licznie odwiedzane, tylko w tych które wypracowują kapitał i generują ruch turystyczny. Bo jeśliby na serio brać cytowany wyżej wniosek, to przecież jeszcze bardziej niż we Włoszech czy Austrii, turystyka jest ważną gałęzią gospodarki np. w Tunezji, Egipcie, że nie wspomnę o licznych "bananowych republikach" jak Malediwy czy Mauritius. Czy to znaczy, że mamy tworzyć ustawy według wzorców arabskich, afrykańskich, karaibskich? Nonsens. 

Jeśli mamy dbać o najwyższą jakość usług turystycznych oferowanym turystom polskim i zagranicznym (...) nie można tej działalności oddać w ręce osób przypadkowych. Albo:  Dojdzie do dramatycznego pogorszenia jakości usług przewodnickim w naszym mieście.

Deregulacja nie przyczyni się do spadku jakości usług, a wręcz odwrotnie - ich polepszenia. Mówiąc o usługach w ogólności - nie można zapomnieć, że  analizując statystyki całości ruchu turystycznego w Polsce, wyjazdy krajoznawczo-wypoczynkowe to w przypadku Polaków ok. 40%, przybywających cudzoziemców zaledwie ok. 20% tego ruchu, z czego ogromną większość stanowi ruch indywidualny, nie korzystający z usług pilockich czy przewodnickich. Nawet w przypadku wyjazdów grupowych, w ramach imprez objazdowych - usługa pilocka/przewodnicka jest tylko jedną z wielu wchodzącą w skład pakietu. Dla całości branży znaczenie mają przede wszystkim usługi hotelarskie, gastronomiczne i transportowe, które według przeciwników deregulacji są w rękach takich właśnie osób "przypadkowych".  Przewodnicy stanowią grupę, która w oczach polityków i samorządowców usiłuje nadać sobie rangę nieporównanie wyższą od rzeczywistej, a która de facto nie różni się znacząco od tej jaką ma np. kelner, barman czy recepcjonista. Nie potrafią zrozumieć że ich praca jest warta tyle, ile skłonny jest zapłacić usługodawca i najchętniej widzą siebie w roli jakiegoś funkcjonariusza państwowego. Groźba utraty tego przywileju a nie "najwyższa jakość" jest jednym z powodów owych "dramatycznych" protestów, które mają miejsce.

Sytuacja przewodników może się kojarzyć z rynkiem mediów w PRL - niby różne tytuły prasy, ale realizujące tę samą "linię ideologiczną" narzuconą przez władzę posiadającą narzędzia kontroli i penalizacji. Deregulacja spowoduje, że oprócz przewodników  kształconych w tradycyjny i sztampowy sposób pojawi się konkurencja, pluralizm innych ofert, co dobrze wpłynie na jakość i dostępność usług.

Zawód przewodnika nie jest zawodem zamkniętym (...) nie istnieje żaden z góry ustalony limit przewodników. Nie istnieją również żadne dodatkowe dodatkowe restrykcje czy bariery w dostępie do tego zawodu poza obowiązkiem odbycia kursu oraz zdania egzaminu.

Fakt że nie istnieją inne bariery, jako argument do pozostawiania istniejących, to argumentacja dość żałosna. Ich restrykcyjność jest zresztą znacznie wyższa i dotkliwsza niż tu przedstawiono. Środowiska przewodnickie stosują najróżniejsze sztuczki, a także całkiem oficjalne działania celem ograniczenia osób dopuszczonych do zawodu.

I tak np. krakowskie Stowarzyszenie Przewodników Turystycznych Guide, w opublikowanym na swojej witrynie www.guide-cracow.pl  kodeksie postępowania zaleca: "Wspieranie i podejmowanie działań zmierzających do ograniczenia ilości przewodników po Krakowie", oraz "Zmniejszenie ilości i częstotliwości organizowania kursów przewodnickich".

Podczas kursu osoba ubiegająca się o prawo do oprowadzania turystów (...) zdobywa wiedzę (...) Bez posiadania tej wiedzy trudno sobie wyobrazić profesjonalne wykonanie zawodu przewodnika dlatego zarówno kurs jak i egzamin (...) mają głęboki sens.  

Kurs nie musi być jedyną metodą zdobycia wiedzy potrzebnej przewodnikowi. Abstrahując od tego - deregulacja nie podważy sensu ani tym bardziej nie zlikwiduje kursów i egzaminów zawodowych! Gdyby tak było, nie istniałyby przecież szkoły gastronomiczne, fryzjerskie i tysiące innych kursów zawodów nieregulowanych. W branży turystycznej nieregulowany jest np. zawód rezydenta, instruktora rekreacji ruchowej, pomimo to kursy tych specjalności się odbywają.  Deregulacja przyczyni się natomiast do tego, że oferta owych szkoleń będzie lepiej dostosowana do rzeczywistych potrzeb rynku.

W przypadku kompletnej deregulacji zawodu rzesza profesjonalnych przewodników prowadzących małe jednoosobowe firmy z dużym prawdopodobieństwem zostanie wyparta przez "dorabiających" a pieniądze, które do tej pory zasilały budżet (...) popłyną do szarej strefy.

A skąd to domniemanie? Rozliczanie swoich dochodów z fiskusem czy opłacanie składek ZUS jest obowiązkiem każdego zarabiającego obywatela i uczciwość w tej kwestii nie jest asumptem do tego, aby państwo chroniło jego firmę przed konkurencją. Natomiast podpisując się pod takimi tezami przewodnicy czynią sobie klasyczny strzał w stopę. Przyznają się, że ich usługi w obecnej formie kompletnie nie przystają do potrzeb rynku a zatem jest to bardzo silny argument za deregulacją!

Powody tych obaw są głębsze - przewodnicy mając nad sobą przez wiele lat "parasol ochronny" państwa w większości nie nauczyli się  w fachowy sposób reklamować swoich usług ani zabiegać o klienta. Wystarczy  spojrzeć na wspomnianą witrynę stowarzyszenia Guide - nieatrakcyjną, niechlujną, gdzie zamieszczono megabajty "antywolnościowej" publicystyki, a pod zakładką oferowanych turystom tras wycieczkowych straszą puste odnośniki. Większość zrzeszonych tam osób nie posiada nawet najprostszej internetowej wizytówki, a z tych które istnieją zaledwie kilka ma przyzwoity wygląd. Licencjonowanie i administracyjny przymus spowodowało w tym środowisku szereg negatywnych zjawisk jak: niedbały poziom usług, zastraszanie tych, którzy nie chcą z nich skorzystać, pasożytowanie na organizatorach, wyolbrzymione ego i rozbuchane pretensje.

Bardzo często, zwłaszcza w przypadku turystów zagranicznych, przewodnik jest jedynym źródłem wiedzy o Polsce. 

Dość odważna teza, zakładające że "turysta zagraniczny" jest osobą która nie czyta prasy, książek, portali internetowej, nie ogląda telewizji i innych mediów, tylko, niczym jakiś niepiśmienny wędrowca z zamierzchłych epok słucha tego co mu opowiedzą napotkani bajarze.  Świadectwo wyjątkowo chorej megalomanii środowiska przewodników. Jak już wspomniałem statystycznie z ich usług korzysta zapewne nie więcej niż kilka procent turystów zagranicznych. Nawet spośród tych około 20% którzy przyjeżdżają nie na zakupy, służbowo, odwiedzić rodzinę itp., tylko na wyjazd typowo urlopowy, większość podróżuje indywidualnie i informacje o naszym kraju czerpie z innych publikacji (patrz niżej).  

W przypadku, gdy przewodnik bez licencji i przygotowania prezentuje wobec grupy swoje poglądy i niezweryfikowaną wiedzę, dochodzi do sytuacji, gdy turyści dowiadują się nieprawdziwych informacji. Albo: Osobnik, którego wiedza nie zostzała w żaden sposób sprawdzona może mijać się z prawdą i wprowadzać w błąd turystów choćby robił to w atrakcyjnej formie.

Art. 54 Konstytucji głosi, że "Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji." W interesie społecznym, państwo reguluje tę wolność np. w ramach ustawowego obowiązku szkolnego bądź ogranicza np. zabraniając szerzenia nienawiści rasowej. Nie ma żadnego uzasadnienia jej ograniczenie w trakcie prywatnych wyjazdów turystycznych organizowanych przez prywatne podmioty gospodarcze. Nie istnieje w takich przypadkach żaden generalny zakaz udzielania informacji które w czyimś mniemaniu są "nieprawdziwe". Byłoby to równoznaczne z zakazaną przez Konstytucję cenzurą. 

Argument ten jest także błędny pod względem praktycznym - licencja przewodnicka nie daje nikomu wyłączności na wiedzę, organizator nie ma żadnego interesu w tym aby okłamywać swoich klientów. Takie twierdzenie jest obraźliwym pomówieniem  "wolnych przewodników", błędnym mniemaniem, jakoby chęć oprowadzania bez państwowej licencji była równoznaczna z chęcią zakłamywania historii, szyderstwa z Polski i Polaków itp.

Zapytuję- jaki państwowy urząd kontroluje publikacje książkowych czy internetowych przewodników turystycznych? Żaden. Jest to całkowicie wolny rynek. Teoretycznie można sobie wyobrazić, sytuację, że ktoś wydaje i sprzedaje "w atrakcyjnej formie" przewodnik książkowy po Krakowie zawierający same fałszywe informacje. Nie można mu tego zabronić, Co najwyżej publikować negatywne recenzje, których turysta zagraniczny i tak nie przeczyta. Nie słyszałem jednak o takich przypadkach.      

Konstytucyjna wolność słowa, dzięki której funkcjonuje wolny rynek mediów, wydawnictw, widowisk itp. w żadnym wypadku nie może być ograniczana w przypadku "ustnej formy przekazu" jaką czyni przewodnik. Turysta który za swoje prywatne pieniądze przyjeżdża na prywatną wycieczkę, musi mieć prawo decydowania kogo zatrudni sobie do oprowadzania po mieście czy innej publicznej przestrzeni. Przewodnikom zawodowym wolno jedynie w nienachalnej, dozwolonej prawem gospodarczym formie reklamować swoje usługi.   

Polska(...) dla większości turystów zagranicznych jest krajem egzotycznym i prawie zupełnie nieznanym. (...) Pozostawienie przewodników turystycznych będącym tak silnym przekaźnikiem wiedzy o Polsce bez jakiegokolwiek nadzoru, niesie za sobą ryzyko błędnego a czasem wręcz szkodliwego wizerunku Polski i Polaków. Dbanie o ten wizerunek powinno leżeć w interesie państwa polskiego.  

Bardzo często - również w oficjalnych pismach z Urzędu Marszałkowskiego i Ministerstwa Sportu - powielany argument zawierający w sobie dwa kardynalne błędy.

Błąd formalno-prawny wynika z nieznajomości, niezrozumienia, bądź nadinterpretacji polskiej Ustawy o usługach turystycznych i powiązanych z nią rozporządzeń dotyczących przewodnictwa. Regulują one wyłącznie działalność komercyjnych organizatorów turystyki działających w Polsce a ich jedyną intencją jest ochrona interesu konsumenta tych usług a nie "wizerunku państwa polskiego". Większość grup przyjeżdżających z zagranicy jest organizowana przez cudzoziemskie biura turystyczne, których polskie regulacje nie dotyczą.        

Znacznie bardziej jaskrawy jest błąd  ideologiczny. Przewodnicy, urzędy marszałkowskie czy ministerstwo, nie mają żadnej delegacji ustawowej, aby wobec osób prywatnie przyjeżdżających do Polski na wakacje, pełnić rolę "policji politycznej". Państwo demokratyczne może realizować swoją politykę historyczną czy wizerunkową poprzez np. budowę pomników, sponsorowanie publikacji i wydarzeń ale nigdy nie w sposób nachalny, opresywny, kontrolując czy nadzorując przekaz informacji pomiędzy obywatelami. Jest to myślenie rodem z najgorszych PRL-owskich tradycji, z czasów kiedy turystyka, zwłaszcza przyjazdowa była intensywnie nadzorowana przez służby specjalne a wielu pilotów i przewodników było jej funkcjonariuszami.    

W stwierdzeniu licencje i administracyjne przymusy "polepszają" wizerunek Polski w oczach zagranicznych turystów zawarte jest kłamstwo. Jest dokładnie odwrotnie!  Vide - rozdział o licencjonowaniu w Europie. W statystykach przyjazdów do Polski pierwsze miejsca zajmują Niemcy, Brytyjczycy i Holendrzy, typowe nacje "nieregulowane", dla tamtejszych turystów i organizatorów polskie próby narzucania przymusowej eskorty, są postrzegane jako absurdalne utrudnienie, lokują nasz kraj w gorszej części Europy i świata, znacząco przyczyniają się do ograniczania wyjazdów już na etapie planowania oferty, tym bardziej że  Polska nie jest beneficjentem tylu atrakcji co np. Hiszpania czy Włochy. Panu Stanisławowi Gorczycy i innym parlamentarzystom popierającym licencje przypomnę że ich koledzy w Bundestagu postępują dokładnie odwrotnie, zachęcając rząd, agendy europejskie - do walki z szykanami swoich obywateli za granicą.

Deregulacja, jak też zniesienie kontroli i "ulicznych łapanek" - kiedy zostaną ogłoszone - bardzo wzmocnią pozytywny obraz kraju i kapitalnie mogą przyczynić się do wzrostu przyjazdów, zwłaszcza turystów w zorganizowanych grupach. Przełoży się to bezpośrednio na zyski organizatorów turystyki przyjazdowej i wpływy do budżetu. 

Nie bez przyczyny aż trzy drużyny grające w EURO 2012 wybrały Kraków jako bazę (...) Ukraińcy analizując przyczyny dochodzą do wniosku, że jedną z głównych jest błędny obraz Ukrainy w oczach obcokrajowców. Można powiedzieć że Kraków wygrał właśnie dzięki wizerunkowi (...)

Kontynuując takie rozważania, możemy dojść do wniosku, że dzięki licencjom i przewodnikom - w Krakowie stoją Wawel i Sukiennice, świeci słońce czy pada śnieg. Z powyższego wynika, że gdyby Ukraińcy wprowadzili u siebie podobne do Polskich regulacje, byliby szczęśliwi. Istotnie w wielu miastach m.in. we Lwowie taki wymóg licencji istnieje i - jak relacjonują piloci wycieczek, dziennikarze - mają bardzo konkretny efekt. Jest nim oprowadzanie według oficjalnej, przepojonej ukraińskim nacjonalizmem wersji, z pominięciem czy umniejszeniem polskiego wkładu w historię miasta. To jest przykład standardów i  kultury politycznej do jakiej nawiązują nasi anty-deregulatorzy.

Umożliwienie prowadzenia wycieczek górskich przez osoby przeszkolone tylko przez organizatora turystyki zwiększa prawdopodobieństwo wypadków.

Wiele osób, nawet popierających deregulację przewodników np. miejskich czy terenowych, wyraża wątpliwości co do przewodników górskich. Tu ważne wyjaśnienie. Polska jest krajem przeważająco nizinnym, polskie określenie "przewodnik górski" ma się nijak do regulowanych w niektórych krajach alpejskich działalności typu Bergführer czy mountain guide. Tam chodzi o uprawianie alpinizmu, z elementami wspinaczki, u nas po prostu o pracę na całych obszarach kraju, gdzie występują pasma gór, także średnich czy niskich. W efekcie zadania polskiego tzw. przewodnika górskiego to w większości oprowadzanie po górskich kurortach, trasach spacerowych i ogólnodostępnych publicznych szlakach znakowanych. Niewielkie fragmenty gór wymagających specjalnych umiejętności są pod zarządami parków narodowych, które mają możliwość regulacji ruchu turystycznego we własnym zakresie. Z kolei zniesienie państwowych egzaminów przewodnickich  nie zdejmuje z organizatora wycieczki obowiązku opieki nad klientami czy zapewnienia bezpieczeństwa, leży to w jego interesie. Dlatego otwarcie zawodu, które spowoduje większą dostępność i niższe ceny usług może przyczynić się wręcz do poprawy bezpieczeństwa, bo przewodnicy będą chętniej zatrudniani w takich sytuacjach, na takich trasach, kiedy są rzeczywiście potrzebni

Akcja tak zwane "wolne przewodnictwo" to jedynie kilka osób związanych z Panem Zimowskim oraz:  Przedstawiciele organizacji turystycznych, właściciele biur turystycznych i hotelarze z niepokojem przyjęli informację o podjętych działaniach mających na celu deregulację zawodu przewodnika.  

Wyjaśnijmy: Blog i strona naszej Akcji to przedsięwzięcie z zakresu dziennikarstwa obywatelskiego. Nie to jest istotne dla opiniotwórczości jakiegoś medium np. gazety, portalu - ile osób pracuje w redakcji. Fakt że nasz głos jest słyszalny, brany pod uwagę, blog liczy już nawet setki odwiedzin dziennie, świadczy o tym że trafnie analizujemy problemy. Atakowanie nas przypomina zbijanie termometru pokazującego gorączkę.     

Z drugiej strony - protestujący piloci i przewodnicy to grupa liczna, ale absolutnie niereprezentatywna dla przemysłu turystycznego (a zwłaszcza touroperatorów czy hotelarzy), gałęzi gospodarki która obraca rocznie kapitałem rzędu ok. 60 mld zł, z czego na usługi pilockie/przewodnickie przypada - jak szacuję - nie więcej niż kilka procent.

O problemach interesujących branżę piszą liczne periodyki jak: Rynek Turystyczny, TTG Poland, Wiadomości Turystyczne, portal tur-info.pl,. Gdyby problem rzeczywiście był istotny, w ostatnich tygodniach pisano by tam o tym często i gęsto, ale nic takiego nie nastąpiło. Jeden artykuł zamieściły niedawno "Wiadomości Turystyczne" - prezentuje on różne strony konfliktu, sympatyzując raczej z tezami akcyjnymi, pokpiwając nieco z argumentów Federacji Pilotażu i Przewodnictwa.    

Trudno więc ukryć fakt, że grupą najgłośniej sprzeciwiającą się deregulacji są... sami oferenci tych usług, którzy wyłącznie we własnym zakresie i na podstawie własnego mniemania chcą oceniają ich jakość, a nie ich klienci czy kontrahenci, których interes i których ocena w pierwszym rzędzie powinny być brane pod uwagę.

Czy w jakikolwiek sposób zamierza Pan zagwarantować turystom odpowiednią jakość usług przewodnickich(...)

Na rynkach zawodów otwartych istnieją niezliczone i sprawdzone metody weryfikacji czy rekomendacji jakości. W przypadku usług przewodnickich sporą rolę mogą odegrać samorządy zawodowe, zrzeszenia przewodników które we własnym, dobrowolnym interesie prowadzą szkolenia i dbają o dobrą markę. Jako wzór i przykład na liberalnych rynkach zachodnich może służyć np. brytyjska gildia przewodników Blue Badge Guides.   

Każde państwo - mniej lub bardziej regulowanymi metodami - dba o to aby osoby oprowadzające turystów posiadały odpowiednie kwalifikacje (...)

I tego akurat nie podważam, to jest teza jak najbardziej prawdziwa! Deregulacja nie zabroni instytucjom państwowym i samorządowym brać udziału w procesie promocji dobrych usług przewodnickich, oczywiście nie w formie przymusu tylko uprzejmej rekomendacji. Jest tu ogromne pole do działania, wykazania się kreatywnością. Można skorzystać ze sprawdzonych wzorców promocji np. wydarzeń kulturalnych, gastronomii, czego sztandarowym przykładem jest Akcja Rekomendacji Krakowskich Restauracji.  

Maciej Zimowski





Statystyka generowana przez Reggi-Stat - www.reggi.pl